2021-10-09

Grubość ma znaczenie: OCBD

Byłem absolutnie pewien, że poruszałem już podobny, koszulowo-oxfordowy temat na łamach Everyday Classic, a jednak! Nie pozostaje mi nic innego jak nadrobić te zaległości, więc zapraszam i ostrzegam - będzie długo.

Gdy jeszcze przed oficjalną premierą miałem okazję zobaczyć (i dotknąć!) nowe koszule z oxfordu, przyszły mi do głowy dwie refleksje:
● to, co wisiało na wieszaku, wyglądało jak rzeczy z mojej własnej szafy (5 na 6 pozycji się zgadzało!) - i to jest ogromny komplement!
● poczucie, że ktoś w Polsce nareszcie zrobił to dobrze - jeszcze większy komplement!

(więc nie trzeba było mnie długo namawiać, żebym akurat przy okazji ich premiery powrócił na bloga i wypowiedział się publicznie)

O tym, dlaczego “nareszcie”, dlaczego “dobrze” i czym jest “to”, dowiecie się z dalszej części tekstu, spokojnie. Na razie chciałem tylko wytłumaczyć, jak bardzo spotkanie z produktem może nakłonić do napisania tekstu - ba, miałem po nim nawet już gotowy koncept w głowie! Chciałem zajrzeć głębiej w temat koszul OCBD, z jednej strony prowadzić mocno techniczne rozważania co do grubości i gramatury tkanin, a z drugiej strony doprawić to rozmyślaniami o renesansie stylu Ivy League, o tym, jak dobrze robią to Azjaci i czego możemy się od nich uczyć. Pomyślałem sobie, że skoro chyba już kiedyś pisałem coś podobnego, ale na podstawowym poziomie, to teraz, żeby się nie dublować, odpuszczę sobie wątki historyczno - podstawowe i wejdę na poziom zaawansowany.

Nie wyszło, bo okazało się, że tego solidnego tekstu o podstawach jednak jeszcze nie napisałem!

Cóż, nie szkodzi, mój błąd. Wyszło na dobre - postarałem się skompensować dwie idee w jeden tekst, pewnie nieco bardziej inkluzywny i łatwiejszy do przyswojenia niż 2 osobne. Gdybym jednak miał nie zadowolić ani tych, którzy oczekują tylko niezbędnej wiedzy, ani tych, którzy woleliby przeczytać coś o wyższym poziomie skomplikowania, spokojnie - dajcie po prostu znać, nadrobię innym razem!

Tymczasem zacznijmy od początku. Na przykład od krótkiego, suchego wstępu, po którym już wszystko będzie ciekawsze.

Gdybyście nie wiedzieli, skrót OCBD rozwija się do “oxford cloth button-down” i dosłownie nie oznacza nic więcej niż po prostu koszula z bawełny oxford z kołnierzykiem przypinanym na guziki.

Nazwa jest niezwykle techniczna, ale nie możemy dać się temu zmylić, bo niesie ona ze sobą ogromny bagaż kulturowy. Mieści się w niej nie tylko specyfikacja gotowej koszuli, ale i styl, klimat, skojarzenia. Nie da się tego porównać np. z “koszulą z popeliny z kołnierzem włoskim”, bo słysząc zbitkę “OCBD”, wyobrażamy sobie dużo więcej niż tylko wizję ubrania wiszącego na wieszaku w sklepie. Ktokolwiek, kto wie cokolwiek o modzie męskiej, spotkał się z powszechnym zastosowaniem tego skrótu i domyśla się - choćby podświadomie - jakie zjawisko (bo to już więcej, niż tylko ubranie!) opisuje.

Oszczędzę Wam tutaj przydługich historii o tym, jak to rzekomo tkanina została wymyślona w XIX wieku w Szkocji i nazwana na cześć prestiżowego uniwersytetu (bez żadnego wyraźnego powodu), a typ kołnierzyka został spopularyzowany przez graczy polo, którym przeszkadzały luźno powiewające wyłogi - jeśli chcecie poczytać o tym więcej, spokojnie znajdziecie mnóstwo artykułów w internecie, których nie ma sensu powielać. Chyba każdy szanujący się bloger w fazie szczytu popularności pisania o “klasycznej męskiej elegancji” popełnił takowy. Po polsku, po angielsku, do wyboru, do koloru. Przejdźmy zatem dalej!

Ta część historii, która serio nas powinna zainteresować, zaczyna się po II wojnie światowej, oczywiście w Stanach Zjednoczonych, które akurat wtedy ostatecznie potwierdziły swoją dominującą pozycję na arenie międzynarodowej, przez co stały się na długo największą potęgą nie tylko militarną i przemysłową, ale i (pop)kulturową. Szczególnie ważne dla ubrań, o których dzisiaj rozmawiamy, jest to, że dopiero wtedy (z pomocą filmów i muzyki) na dobre rozpoczęła się era mieszania stylów ubioru pomiędzy warstwami społecznymi. Ci bogatsi i wyedukowani zaczynali powoli nosić “robotniczy” denim, a przedstawicieli niższych, gorzej wykształconych klas mogli zainspirować się stylem zarezerwowanym do tej pory dla WASPów z Nowej Anglii.

I teraz mała dygresja, pomocna i w kwestii kulturowej, i w kwestii zrozumienia popularności samej koszuli OCBD: jedną z firm, która “od zawsze” ubierała owe wyższe sfery ze wschodniego wybrzeża, jest Brooks Brothers - znana też jako najstarsza działająca (mimo wniosku o bankructwo złożonego w 2020) do dziś firma odzieżowa w Ameryce, pierwszy sklep sprzedający gotowe garnitury z wieszaka (RTW jakie znamy dzisiaj - potem też np. szyte z tweedu, który rzekomo też oni sprowadzili na amerykańską ziemię) oraz popularyzator koszul OCBD właśnie, które to ponoć zostały wprowadzone do ofert już w 1896.

 Słynny styl Ivy League, nazywany często preppy, to w dużej mierze zasługa BB - studenci (a także ich dziadkowie, ojcowie...) po prostu ubierali się w tych samych miejscach, kupowali tzw. full look z oferty, kierowany do ich grupy społecznej i wyglądali spójnie. Wspominam o tym, bo warto podkreślić, że to nie żadna magia ani wyjątkowe poczucie smaku ubierających się tak ludzi, a po prostu styl kreowany przez kilka marek.

Teraz już wracając do głównego wątku - gdy nadeszły czasy zatarcia podziału klasowego w ubiorze, takie rzeczy jak swetry szetland, marynarki tweedowe, czy właśnie omawiane dzisiaj koszule z bawełny oxford, nagle trafiły do dużo szerszego grona odbiorców i gwałtownie zyskały na popularności, a sklepy, które je sprzedawały (nie tylko BB, ale już też np. J. Press), zaczęły kierować swoją ofertę nie tylko do wybrańców, ale i do tych, którzy chcieli do tego grona aspirować. Działo się to przede wszystkim w latach 50. i 60. - m.in. dlatego mamy z tego okresu ogrom zdjęć takich legend jak Paul Newman czy Miles Davis, które teraz przewijają się przy okazji każdej dyskusji o temacie (dlatego JA ICH NIE DODAM, możecie sami poszukać) - najpierw w USA, a potem w Europie, gdzie inspiracje zza oceanu weszły bardzo mocno. Pomyślcie choćby o rodzimych bikiniarzach (tu bardziej połowa lat 50.), brytyjskich Modsach (początek lat 60.) czy stylu... Gianniego Agnellego.

Tamten moment historii na dobre ukonstytuował współczesny obraz elementu garderoby, o którym dzisiaj rozmawiamy - kiedyś ulubiona rzecz uprzywilejowanych białych chłopców stała się nagle egalitarna w swoim charakterze, uniwersalna i niezastąpiona! OCBD weszła na stałe do kanonu klasyki, dotarła na salony, była i jest noszona (nawet pod krawatem) przez amerykańskich polityków. Przez tych, którzy rzeczywiście ubierali się tak w młodości ze względu na status, ale też przez tych, którzy nie mogli, ale by chcieli.

Ja powiem tak - nie bez powodu zasłużyła na swoją pozycję, bo jest co lubić. Tkanina o splocie oxford powinna być miękka, mięsista i gruba, ale zarazem przewiewna, do tego z ogromnym potencjałem na szlachetne starzenie, miękniecie i dopasowanie się do użytkownika. Kołnierzyk bez usztywnienia, przypięty na guziki, nie drażni szyi, układa się dobrze i bez, i z krawatem. Stopień formalności pozwala założyć tę rzecz i do szortów, i do spodni w kant doprawionych marynarką. Idealna, bezpretensjonalna koszula.

Mimo wszystko, sprawa nie jest tak oczywista - to niby rzecz powszechnie lubiana i popularna, ale... ostatnio zaskakująca trudna w zakupie. Dobrym zakupie.

Choć to klasyk, który właściwie nigdy nie wyszedł z mody i nie znika z oferty sklepów, nawet tych sieciowych, kolejne fazy zainteresowania (lub braku) stylem Ivy League/preppy odcisnęły swoje piętno. Na naszych oczach przeszły co najmniej dwie takie fale wznoszące popularności o naprawdę dużej, światowej skali - najpierw ta z lat 2007-2010 (o drugiej potem), ze swoja “hipsteriadą”, krojami slim i następującym po niej wysypem blogerów. Po wtedy zostały nam np. za wąskie rękawy, karłowate wyłogi kołnierzyków i złe proporcje, zachęcające do noszenia koszuli na wierzchu spodni. Co z tego, że każda sieciówka na Z, na H i na M miała i ma u siebie koszule OCBD, jeśli nie są to zrobione ze smakiem, dobrze uszyte i ponadczasowe rzeczy?

Zdaje się, że po kilku latach społeczność związana z niszą “klasycznej męskiej elegancji” (lub “#menswear” w anglojęzycznej rzeczywistości Instagrama) wyczuła, o co chodzi i zabrała się za poprawianie szczegółów. Zaczęło się od dopieszczania kołnierzyków - aż po interpretacje w stylu “long button down”, które nieraz do karykaturalnego poziomu wydłużały wyłogi i mieszały proporcje w pogoni za rzekomo idealnym rollem - i w sumie to na tym na dłuższy czas sprawa się zatrzymała.

Inne detale spadły na dalszy plan, ale najgorsze jest to, że zapomniano przy tym też o tkaninie. Paradoksalnie, to wielkie sieciówki zwykle lepiej robiły część “OC”, a małe, prowadzone przez pasjonatów firmy, “BD”. Mówiąc językiem internetowych memów, “razem mogli mieć wszystko”... no, poza małymi smaczkami, osadzonymi mocno w historii, ale nieutrwalonymi w nazwie, które wszyscy solidarnie olali. O tym zaraz, najpierw o bawełnie.

Podobnie jak dżins, bawełna oxford to rzecz, która z definicji powinna być prosta i trwała, a nie luksusowa. Wszystkie próby uszlachetnienia na siłę kończą się jakimiś dziwnymi hybrydami, co do których nie do końca wiadomo, po co powstały. Dobry oxford musi być nieco szorstki (z perspektywą dziesiątek prań, które ten feeling zmienią), matowy, gruby, no i - z braku lepszego słowa - konkretny. Zupełnie nie jak formalna koszula do garnituru, bo to, co tam jest plusem (delikatność, szlachetny połysk, leistość), tutaj negatywnie wpływa na trwałość i nie pasuje do luźnego, sportowego charakteru.

Problemem jest to, że u wyspecjalizowanych producentów tkanin koszulowych, z których usług korzystały sklepy zajmujące się szyciem na miarę i sprzedażą raczej drogich (w porównaniu do fast fashion) rzeczy, nie było takich prostych tkanin - zamiast tylko same rzeczy wyższej jakości, z przędzy cieniutkiej, wysublimowanej. Dostęp do prawie wzorcowego oxfordu miały za to w tym czasie wielkie firmy, bo to było coś względnie prostego i taniego w wykonaniu.

Przez kilka lat na rynku panował status quo - mogłeś kupić albo słabo wykończoną i źle odszytą koszulę z brzydkim kołnierzykiem, za to o fenomenalnej fakturze, albo lokalnie zrobioną, świetnej jakości rzecz, która jednak nie była do końca tym, co obiecuje, brakowało jej detali i cierpiała na zespół nadmiernej formalności.

Pamiętam, jak mnie to zaczęło osobiście irytować - a było to jeszcze wtedy, kiedy pracowałem w branży. Przeglądałem trochę starych zdjęć, trochę nowych inspiracji z dalekiej zagranicy i czułem, że coś jest nie tak, coś się nie zgadza, czegoś brakuje w koszulach, które mam i które mógłbym kupić. Można powiedzieć, że podjąłem nawet osobistą krucjatę i spróbowałem polepszyć tę sytuację - nieskromnie powiem, że najpierw zaprojektowałem (naprawdę dobry) kołnierzyk button-down dla mojego ówczesnego pracodawcy, a jakiś dobry rok czy półtora później (już po ucieczce od sprzedaży ubrań jako mojego głównego źródła utrzymania), stwierdziłem, że da się to zrobić jeszcze lepiej (a im więcej dobrych kołnierzyków na rynku, tym lepiej dla nas, pasjonatów!), więc narysowałem i zrobiłem nowy kształt, tym razem z myślą o Poszetce. Myślę, że oba wyszły naprawdę dobrze (Wasze głosy i obecność w sprzedaży świadczą o tym zresztą najlepiej), ale nie zmienia to faktu, że to znowu było tylko grzebanie w jednym detalu. Nie rozwiązałem kwestii najważniejszej, tkaniny. Okazało

się za to, że ktoś inny już tak...

Przyszła nowa fala (gdzieś tak w 2019, ale cały czas się rozkręca) popularności stylu Ivy League, kolejny renesans, tym razem z luźniejszymi krojami, mocniejszymi kolorami i swego rodzaju młodzieńczością w każdym looku. Instagram wprost zapełnił się inspiracjami w tym stylu, a przy okazji wyszło na jaw, że są już tacy, którzy świetnie odtwarzają klasyki, nie tylko jako współczesne interpretacje, a jako bardzo ortodoksyjne, ale ponadczasowe wersje. Konkretnie w przypadku koszuli OCBD: tekstura taka, jak trzeba, kołnierzyk bez żadnego usztywnienia, z naturalnym rollem, który zawdzięcza grubości tkaniny (nie dziwnym sztuczkom), odszyta plisa dobrej szerokości, kieszeń na piersi, kontrafałda itp. Konkluzja: komuś jednak chce się to robić!

Zazwyczaj okazywało się, że na zdjęciach - poza wintydżowymi wyjątkami, znajdowanymi w lumpeksach, nieraz w fabrycznym stanie z metkami - nie gościły nawet mityczne amerykańskie oryginały. Brooks Brothers zaczęło przecież zamykać swoje amerykańskie fabryki, przy okazji rezygnując z niektórych detali obecnych w ich koszulach przez dziesiątki lat (np. kształtu i wykończenia kołnierzyka). Tego już nie było! Byli za to mistrzowie kopiowania, ulepszania i wtórnej autentyczności - Japończycy. To oni, nie pierwszy zresztą raz, uratowali nas.

Należy wiedzieć, że poza samochodami czy elektroniką, w których zdążyli się wyspecjalizować w XX wieku - najpierw wzorując się mocno na amerykańskich i europejskich produktach, a potem z łatwością je przeganiając - stali się oni ekspertami w przeszczepianiu na swój grunt fragmentów obcego stylu i kultury, a potem zachowywania ich w formie najbliższej wyobrażeniu czystego ideału. Tak się stało m.in. z amerykańską modą - najlepszy denim selvedge, na oryginalnych, starych krosnach, powstaje teraz po przeciwnej stronie Pacyfiku, bo podczas, gdy w USA zamykało się fabryki, pozbywało się sprzętu, cięło koszty i wyprowadzało produkcję do Meksyku czy Chin, to w Japonii skupowało się oryginalne maszyny, odtwarzało zapomniane procesy technologiczne i doskonaliło je. Po workwearze spotkało to też styl Ivy League, który zyskał tam tysiące swoich wyznawców, dążących do zachowania ducha najlepszej ery i poszukujących alternatywy do oryginalnych, wiekowych już rzeczy, które zużywały się i potrzebowały godnych następców. Okazało się, że koszule OCBD w pewnym momencie też zaczęli robić najlepiej.

Jednak wciąż, nawet w erze globalizacji, nie były to rzeczy łatwo dostępne - tym bardziej, że nawet jeśli da się zamówić produkt z dostawą z drugiego końca świata, powinniśmy mieć wątpliwości o etyczność takiego działania, ślad węglowy i brak wsparcia dla lokalnych marek. To było aż przykre - świadomość, że choć w Polsce jesteśmy w stanie robić naprawde świetne rzeczy, a nasze szwalnie koszul należą do ścisłej europejskiej czołówki, nikt na rynku dalej nie robił tego tak dobrze. Na szczęście, do czasu.

Gdy jeszcze wiosną rozmawiałem z Tomkiem na temat koszul, wydawało mi się, że sytuacja prędko się nie zmieni, ale... zaczęliśmy z ciekawości przeglądać próbki tkanin i w ręce wpadło nam coś bardzo interesującego - nowość od Albiniego, American Oxford. Bingo! Brak zbędnego połysku i porządna gramatura, czyżbyśmy trafili nareszcie na perfekcyjną tkaninę? Zostawiłem swoją sugestię i zapomniałem o temacie, nie wiedząc, czy i kiedy Poszetce uda się wrzucić nową kolekcję koszul w plan produkcyjny. Aż nagle, w sierpniu, gdy po drodze wpadłem na chwilę do salonu w Katowicach, przeżyłem pozytywny szok: udało się, już teraz!

Mamy to. Czy to już spełnienie marzeń? Albo chociaż krok milowy?

Chyba tak.

Osobiście mogę polecić wszystkie 6 nowych koszul z oxfordu - przecież jak wspomniałem we wstępie, 5 z nich wygląda praktycznie jak wyjęte z mojej szafy, z taką różnicą, że ich nabycie nie wymaga wielu prób i błędów, importu z drugiego końca świata, eksperymentów z szyciem miarowym i zdecydowanie zbyt dużej ilości wydanych pieniędzy. Wy możecie teraz nareszcie kupić dobry produkt od ręki, zrobiony lokalnie, przez rodzinną firmę. Doceńcie, o ile macie łatwiej!

Dla przypomnienia, świeże Poszetkowe OCBD to:

- 3 żelazne klasyki: biała, błękitna i błękitno-biała (prążek), koszule z cięższego American Oxfordu, co do których nie powinniście mieć jakichkolwiek wątpliwość, do czego je ubrać, bo pasują praktycznie do wszystkiego,

- niezastąpiony różowy prążek, czyli koszula, która wbrew pozorom pasuje każdemu (sprawdziłem), a z szarym garniturem lub marynarką wygląda n a j l e p i e j,

- zaskakujący prążek turkusowy, czyli ciekawsza wersja błękitu, podobnie uniwersalna, ale nieco bardziej zabawna, na luzie,

- jedyna pozycja, której nie mam w swojej szafie: żółta koszula OCBD, rzecz fenomenalna, o ile nie jesteś bladym blondynem lub rudzielcem (za to polecana każdemu, kto ma ciemną oprawę oczu i ciemne włosy, wtedy pasuje rewelacyjnie!).

Dostałem informację, że te 3 ostatnie są uszyte z ciut lżejszej niż American Oxford (ale wciąż nie zbyt lekkiej, o to się nie martwcie) tkaniny od hiszpańskiego Sidograsa - w ręku czuć pewną różnicę, ale wciąż mają tę właściwą, matową teksturę. Wziąłem to sobie do serca, dotknąłem, sprawdziłem i wydałem werdykt: jak dla mnie wszystkie zdają egzamin! Przyznałbym im nawet wymyślony na poczekaniu Ceryfikat Prawdziwej Koszuli OCBD.

Aha, co ważne, każdy model ma te same, dopieszczone detale, łącznie z kształtem kołnierzyka i obowiązkową kieszenią na piersi. Z żelaznego zestawu pominięto jedynie kontrafałdę na plecach, ale cóż, nie będę się sprzeczał - wiem, że większość z Was dla siebie wybrałaby zaszewki, na które się zdecydowano. Poczekamy, zobaczymy, na bardziej workowaty krój może jeszcze przyjdzie czas. Na razie jest więcej niż dobrze. ;)

Na zakończenie wtrącę jeszcze, że rzadko zdarza mi się popełnić aż tak subiektywny artykuł, wywód, w którym nie ukrywam swojej osobistej relacji z danym elementem garderoby i emocji z nim związanych. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy dla większości czytelników ta otwartość to miły dodatek, czy wręcz przeciwnie - ale cóż, skoro już tak wyszło, to potraktujcie to jako szczególną rekomendację! Po prostu temat i sam produkt (tym bardziej, że czuję, że mogłem w niego bezpośrednio ingerować po drodze) są dla mnie na tyle ważne, że nie było opcji zrobić tego całkowicie na chłodno.

Żegnam się z Wami z dumą, pozdrawiam i oficjalnie gratuluję Poszetce takiego zestawu koszul OCBD w kolekcji!

Autor: Mateusz Tryjanowski
Zaufane Opinie IdoSell
4.88 / 5.00 1393 opinii
Zaufane Opinie IdoSell
2020-10-21
Sprawnie, profesjonalnie. Tak powinna wglądać obsługa w dzisiejszym świecie.
2020-10-31
Szybkqnprzesylka
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel