DARMOWA DOSTAWA W POLSCE. GLOBAL DELIVERY Blog firmowy Everyday Classic
2022-11-06

Miękki jak… camel

Czyli wielbłąd - a nawet, skoro mówimy o tkaninie, to nie wielbłąd, tylko wielbłądzia wełna. Choć właściwie to nie wełna, tylko włosie… dobra, już dobra.
 
Miałem zacząć normalnie, a już się gubię w tłumaczeniach. Na swoją obronę powiem, że to nie ja jestem sprawcą językowego zamieszania - wychodzi na to, że język polski średnio sobie radzi z rozróżnianiem wełny od nie-wełny. Choć termin ten zarezerwowany jest dla owiec i jagniąt, to jakoś przyjęło się tak, że to, co w klasyfikacji międzynarodowej uchodzi jednoznacznie za sierść, też się u nas potocznie wełną nazywa: kaszmir, lama, alpaka, angora i wielbłąd-camel właśnie. Błąd zakorzeniony w języku i powszechnej świadomości.
 
Błąd błędem, ale jak to tak? “Marynarka z sierści wielbłąda” nie brzmi tak dobrze jak “camelhair jacket” (czy nawet koślawe “marynarka z camela”), podobnie jak “buty z końskiego zadu” wypadają blado przy “butach z cordovanu”. Poza tym, nie wiem jak Wy, ale ja mówiąc “camel” mam zawsze w głowie skojarzenie z jednym z najbardziej kultowych filmów polskiej transformacji. Tam co prawda chodziło o fajki (“...ale jak pan major woli, to Franz ma Camele”), ale co kulturowe skojarzenie, to kulturowe skojarzenie. Niech już nawet będzie bardzo hermetyczne. Dalej.
 
Zdjęcia: Vlad Baranov

Ten początkowy chaos pozwolę sobie zrzucić na karb tego, że próbuję przelać na papier kilka myśli naraz. Za ten wpis w końcu zabieram się już dobry rok, a na poziomie koncepcyjnym to będą nawet dwa lata - bo marynarka ze zdjęć to nie jedyna rzecz z camela w mojej szafie.
 
Oprócz niej, mam jeszcze w swojej kolekcji granatową dwurzędówkę z sierści wielbłąda (mówiłem, jak to brzmi?) - z resztą też uszytą przez Poszetkę, lecz MTM - od której wszystko się zaczęło. Ten jednorazowy eksperyment sprawił, że zakochałem się camelu i przekonał mnie do tego, żeby spróbować po raz drugi, a chciałbym też wierzyć, że tym samym przetarł szlaki dla kolekcyjnej marynarki “baby camel” [insert meme: Wałęsa “i wtedy ja mu mówię…”].
 
Pomysł tekstu wyszedł nie od gotowej marynarki, a od tkaniny samej w sobie. Na bazie doświadczenia, lubię określać camel jako lepszy kaszmir. Dlaczego? A dlatego, że jest podobnie miękki, puszysty i delikatny w dotyku, a jednocześnie bardziej odporny na zużycie. Co ciekawe, o jego wytrzymałości wiedziano już w czasach biblijnych, a ponoć i w Ewangelii św. Mateusza wspominano o tym, że świetnie nadawał się na namioty, koce i peleryny - choć należy wspomnieć, że te bardziej “surowe” rzeczy robi się dziś z twardego włosia, a te bardziej “szlachetne”, jak marynarki i płaszcze, z miękkiego podściółka.

A, gdyby ktoś z Was się zastanawiał, to dodam jeszcze, że to interesujące nas włókno pozyskuje się czesząc baktriany (to te dwugarbne wielbłądy, żyjące w Azji, od Turcji po Mongolię), a nie dromadery (to te jednogarbne wielbłądy, które znacie z pustynnych obrazków Afryki i bliskiego wschodu). Ponoć jest to powiązane z delikatnością i odpowiednimi właściwościami termoizolacyjnymi - coś jak odpowiedni dobór ras owiec na wełnę. Technikalia załatwione, dalej proszę!
 
Niestety, camel ma też swoje minusy - największym z nich jest dostępność i cena. Roczna produkcja jest niewielka (ciężko tu o dokładne dane, ale mówi się o kilkusetkrotnie mniejszej niż owcza wełna), a czołowymi producentami są Chiny i Mongolia (i spora część produkcji zostaje na rynku lokalnym). To sprawia, że stosunkowo niewiele europejskich tkalni jest w stanie realnie zabezpieczyć odpowiednią dla siebie ilość surowca. Zwykle tkaniny z sierści wielbłąda można znaleźć w próbnikach specjalistów od kaszmiru i innych luksusowych włókien, takich jak Loro Piana, Joshua Ellis czy Piacenza.
Pewną wadą może być też to, że rzadkość sprawia, że w praktyce camel występuje w bardzo ograniczonej gamie kolorów. Czasem da się spotkać głęboki granat, stosunkowo często klasyczną czerń, lecz domyślnym kolorem jest tzw. naturalny - wielbłądzi. Żeby nie było, jak dobrze poszukacie w internecie, to wśród rozmaitych vintage rzeczy znajdziecie choćby np. czerwone blezery uniwersyteckie z tej tkaniny, ale to bardziej wyjątki potwierdzające fakt, że współcześnie gama dostępnych odcieni ogranicza się do podstawowej trójki.
 
Szczerze mówiąc, dla mnie to nie problem - zwłaszcza, że ta tkanina w niebarwionej wersji wygląda świetnie, a kolor wielbłądzi jest na tyle popularny i uniwersalny, że przecież “podrabia się” go barwiąc wełnę czy syntetyki. Fenomenalnej faktury i miękkości za to podrobić się nie da, więc co oryginał, to oryginał - z resztą w historii współczesnego męskiego odbioru to przede wszystkim taka “czysta” forma spopularyzowała użycie tkaniny, której kariera na dobre rozpoczęła się dzięki słynnemu polo coat.

O płaszczach więcej opowiem pewnie przy innej okazji, w tym momencie ograniczając się jedynie do krótkiego rysu historycznego - bo chciałbym rzec, że o ile sam sport wywodzi się oczywiście z Wielkiej Brytanii, to dla nas kluczowa jest jego popularyzacja na wschodnim wybrzeżu USA w latach 20-tych i 30-tych XX wieku. Podobnie jak w przypadku wielu innych rzeczy, to dzięki Brooks Brothers fason został utrwalony i stał się dostępny dla mas (no, powiedzmy - bo wtedy wciąż można było mówić raczej o elicie niż o egalitarnej masie). Od płaszcza się zaczęło, a już za nim poszedł kolor i tkanina w ogóle, po cichu włączając do amerykańskiego kanonu stylu Ivy League także wielbłądzi blezer.

Zatem, żeby nie było, szycie marynarki z sierści wielbłąda to nie żaden współczesny, rozpustny wymysł - to klasyka, sięgająca swoją historią stu lat wstecz.
 
Historia niesie za sobą oczywiście skojarzenia i powiązania, pomagając zrozumieć to, z czym dziś taka marynarka będzie wyglądać naturalnie. Po pierwsze, będzie to wspomniany styl uniwersytecki - świetnie pasuje do krawatów typu regimental, do koszul OCBD, flanelowych spodni i loafersów, a w nieco uwspółcześnionej, pomieszanej wersji także dżinsów i kowbojskich koszul. Po drugie, styl, który można opisać jako casual chic - coś nie do końca kanonicznie formalnego, lecz niewątpliwie eleganckiego, w co wpisuje się delikatna i szlachetna tkanina.

O stylu Ivy League mówiłem już wiele razy, więc dziś wolałbym powiedzieć kilka słów o alternatywie, którą z resztą możecie zobaczyć na zdjęciach.
 
To gra faktur, proporcji i szczegółów - zamiast mocnych kolorów i wzorów, prostota i subtelne niuanse. Trzy kolory - biel, czerń i wielbłądzi - i zabawa konwencją. Spodnie nie są szare, a nieprzenikliwie czarne, spod warkoczowego swetra nie łypie kołnierzyk, a poszetka zawiązana pod szyją, nawet połączenie białych skarpetek z czarnymi loafersami wydaje się być dużo mniej preppy niż zazwyczaj. Na to wszystko narzucona jest camelowa marynarka, która wydaje się w tym zestawie czymś niezwykle eleganckim, prawie, że wieczorowym. Żeby nie było, zestaw nie był założony specjalnie do sesji - tak ubrany wybrałem się do Krakowa (2. urodziny tamtejszej Poszetki), chcąc wyglądać dobrze i w dzień, i wieczorową porą, popijając to i owo, krążąc po lokalach gastronomicznych, czując się na miejscu i w ciuszkowym towarzystwie, i wśród “normalnych ludzi” na mieście. Przy okazji, w ciągu dnia, strzeliliśmy zdjęcia (dzięki Vlad & Mateusz!), a potem już wydarzył się chrzest bojowy z prawdziwego zdarzenia, łącznie z biegiem w burzy i ulewie. Było wygodnie.
Wracając - gdybyście chcieli spróbować czegoś podobnego, w konwencję fajnie wpisałby się też biały lub czarny golf (bądź dzianinowe polo z długim rękawem), grafitowe spodnie (ew. szare w monochromatyczną kratę lub pepitę) i czarne dżinsy. W wersji nieco bardziej #menswear - biała koszula i czarny krawat z grenadyny (lub knit). Sugerowałbym za to trzymanie się z dala od wprowadzania mocnych akcentów kolorystycznych spoza tej palety - jeśli masz na to ochotę, dużo bezpieczniej będzie zbliżyć się do uniwersyteckiej klasyki i standardowego nasycenia barw.
 
Swoją drogą, moja marynarka ze zdjęć to MTM - zleciłem uszycie jej z tej samej tkaniny, co kolekcyjna marynarka “baby camel”, ale oprócz zmiany wymiarów postanowiłem pobawić się też kilkoma szczegółami. Dla czystej linii poszedłem w kieszenie cięte, nie nakładane (uwielbiam te drugie, ale czas na drobne eksperymenty), na froncie znajdziecie tzw. 2 i pół guzika (na rękawie już tylko jeden), a same klapy mają obniżona kozerkę i… nieco zbyt dużą szerokość, z perspektywy czasu patrząc. Taka tam zabawa szczegółami nieco zbyt zwariowanego pasjonata - na szczęście Wy nie musicie się tak zastanawiać, bo dostępna z wieszaka wersja jest nawet bardziej uniwersalna i mogę z ręką na sercu Wam ją polecić.

Wiem, że się powtórzę, bo mówiłem to już więcej niż raz na tym blogu, ale ta marynarka - w mojej, i w kolekcyjnej wersji - zdecydowanie zasługuje na miano prawdziwego blezera. Nie dość, że postawiłbym ją w ścisłej czołówce najbardziej uniwersalnych rzeczy, które można mieć w swojej szafie, to jeszcze do tego ma tę unikalną dla blezerów właściwość, że pasuje do wielu konwencji, począwszy od najbardziej casualowych (sprane dżinsy), po najbardziej eleganckie (ciemne spodnie w kant i krawat), odnajdując się w każdej z nich.
 
 
A wiecie, co w tej marynarce jest najlepsze? To, że ma w sobie coś, czego typowy blezer nie ma - cudowną miękkość. Właśnie za to, za ten komfort ciepłego kocyka, ją uwielbiam - i nie zamieniłbym jej na nic innego, szczególnie w obliczu chłodnej polskiej zimy, która już nadchodzi wielkimi krokami!

Polecane
Zaufane Opinie IdoSell
4.89 / 5.00 3340 opinii
Zaufane Opinie IdoSell
2022-12-03
Piekne poszetki
2022-12-03
jak zawsze błyskawiczna i wzorowa obsługa zamówienia; adekwatna do jakości i estetyki produktu. nie mam pytań :)
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel