2022-08-10

Koszula hawajska - to ten długi wpis

Lato w pełni! Żaden tam “koniec lipca, za chwilę już znów zima”, a początek sierpnia - jak na moje, szczyt sezonu. Kolejna fala upałów dopiero przed nami (i pewnie nie będzie to ostatnia), współpracownicy wciąż na urlopach (a kolejna tura się szykuje), najlepsze pomidory ledwo co wjechały na pobliski bazarek… O czymś zapomniałem?
 
Autor: Mateusz Tryjanowski

Szczerze mówiąc, nigdy do końca nie rozumiałem logiki branży odzieżowej, która latem kazała nam zaczynać myśleć już o jesieni, wstawiając letnie ubrania na wyprzedaże i zastępując je nową kolekcją, pełną cieplejszych tkanin, swetrów i płaszczy. Po co? Dlaczego?
 
To co wyżej, to pytania retoryczne oczywiście. Z resztą, dzisiejszymi czasy staram się już mniej bulwersować i akceptować otaczającą mnie odzieżową rzeczywistość - a fakt, którą część rynku śledzę (a właściwie której nie śledzę), też ma w tym swoją zasługę. Teraz spokojnie siedzę, planuję swój zasłużony wakacyjny wypad, układam w głowie plan, jak się spakować na upalne 2 tygodnie (jestem zimnolubny, ale cóż, jeszcze swoje zdążę zmarznąć w tym roku) i myślę o tym, że czasem warto być oportunistą. Przynajmniej w tym sensie, żeby skorzystać z okazji i pozwolić się zmusić do myślenia o zakupach, potraktować te wyprzedaże jako impuls do rozważań (także zakupowych) o letnich rzeczach, które w sumie akurat mogą potrzebne.

Przecież technicznie mamy przed sobą jeszcze (nieco) ponad półtora miesiąca lata, tak?!
 
No tak - a ten cały przydługi wstęp służył wprowadzeniu dzisiejszego bohatera. Nieoczywistej, ale bardzo letniej koszuli hawajskiej, która, choć była już bohaterem więcej niż jednego lookbooka Poszetki, nie doczekała się jeszcze porządnego przedstawienia. A tak się składa, że nie dość, że to idealny ciuch na obecną aurę, to jeszcze wylądowała w selekcji Summer Sale, więc… musiałem się nieco pospieszyć, bo zależało mi na tym, żeby jeszcze tego lata zdążyć Wam tę historię opowiedzieć.
 
Czy jest to łatwy temat? Raczej nie. Po pierwsze - dlatego, że jak to zazwyczaj w przypadku mocno osadzonych w popkulturze rzeczy bywa, łatwo o zbyt długi i rozwleczony tekst, jeśli zacznie się pisać o wszystkim, nie pomijając żadnych szczegółów. Po drugie - dlatego, że wokół koszuli hawajskiej narosło już tyle skojarzeń, mitów i wyobrażeń, że podejście do tematu bez uprzedzeń, na chłodno, jest stosunkowo trudne.
Zacznijmy od nazwy: czy koszula hawajska pochodzi z Hawajów?
 
Podaję najlepsze odpowiedzi: “To zależy”, “I tak, i nie”, “Tak, ale”. Choć w sumie już można powiedzieć, że tak.
 
Można powiedzieć, że to jeden z najbardziej… wielokulturowych? elementów garderoby, jakie znamy - dziś wiemy, że powstał najprawdopodobniej z połączenia znanej na zachodzie formy koszuli (zapięcie na guziki, kołnierzyk) ze wschodnimi technikami barwienia tkanin i nanoszenia na nie kolorowych printów. Jedno na Hawaje przywieźli Brytyjczycy i Amerykanie, drugie Chińczycy i Japończycy - a całość została doprawiona lokalnym kolorytem, bądź też turystycznym wyobrażeniem o tym, jak hawajski folklor wyglądać powinien.
 
Coś, co przypominało dzisiejszą koszulę hawajską, szyli już prawdopodobnie na początku XX wieku tamtejsi krawcy, głównie imigranci z Azji (swoją drogą, do dziś największa grupa etniczna zamieszkująca Hawaje). Mimo to, da się w miarę precyzyjnie wskazać dwóch “ojców”, którzy są bezpośrednio odpowiedzialni za ukonstytuowanie się tego tworu i sformalizowanie definicji, a także oczywiście za jego popularyzację.

Pierwszy z nich to Gordon Young - legenda (ze sporym ziarenkiem prawdy) głosi, że proto-hawajskie koszule szyła mu jego matka, krawcowa, z tkanin używanych tradycyjnie na kimona. Wiemy na pewno, że w latach 20. XX wieku uczęszczał w nich na zajęcia na Uniwersytet Hawajski (i wyróżniał się w tłumie studentów), a w 1926 zabrał je ze sobą do Seattle na Uniwersytet Waszyngtoński (tam wyróżniał się jeszcze bardziej), wywołując przy tym spore zamieszanie wśród studentów. To wtedy było coś!

Moda na koszule z printami powoli zaczynała się rozkręcać, choć jeszcze głównie lokalnie. Jedyną opcją dla zainteresowanych pozostawało szycie na miarę, aż tematem zainteresował się Ellery Chun - człowiek, który podobno jako pierwszy wprowadził gotowe koszule hawajskie do regularnej sprzedaży. Zaczął w połowie lat 30. XX wieku od małej ekspozycji w sklepie swojego ojca, King-Smith Clothiers, podpisując już produkty jako “Hawaiian shirts”, a w 1936 i 1937 zarejestrował znaki towarowe “Aloha Sportswear” i “Aloha Shirt”, które - szczególnie ten drugi - są znane do dziś.
 
To te znaki towarowe zapewniły mu miejsce w historii - bo gwoli ścisłości należałoby jeszcze wspomnieć o tym, że w połowie lat 30. w temacie koszul hawajskich działo się już tak wiele, że jego pierwszeństwo w sprzedaży wcale nie jest aż tak pewne, a i pewnie nie on pierwszy nazwał koszulę “aloha”. Jednak co papier, to papier, a historię piszą zwycięzcy… Oddajmy więc już mu należny tytuł i nie drążmy zbyt głęboko.
 
Tak czy tak, jak już wspomniałem, ZACZĘŁO SIĘ. W koszulach chodzili lokalsi, bo były wygodne i idealne na panujące temperatury. Amerykańscy turyści przywozili je na kontynent, bo były nietypową i praktyczna pamiątką. Aktorzy Hollywood zaczęli pojawiać się w nich na ekranie i poza nim, a ówczesne wiazdy wielu sztuk uczyniły z nich atrybut weekendowego, letniego ubioru. Machinę popularności ciężko było zatrzymać, nieprzerwanie parła przez siebie.

Kierunek: mainstream.
 
W międzyczasie trwał rozwój technik barwienia, innowacji tkaninowych i szeroko pojętego designu - bo o ile wcześniej stosowano przede wszystkim wywodzące się z Japonii tkaniny, tradycyjnie przeznaczone na kimona, tak teraz zaczęto tworzyć nowe, od początku z myślą o hawajskich koszulach. Proste, 2-3 kolorowe printy w odcieniach niebieskiego, indygo i czerni zaczęły być zastępowane przez wielokolorowe, barwne wzory, często bardzo kompleksowe. Od geometrycznych, przez abstrakcyjne, po takie z prawdziwymi przedmiotami czy wręcz scenkami rodzajowymi.
 
Palmy, papaje, ukulele, deski surfingowe… ale też drinki, płynące łodzie i tańczący ludzie - słowem wszystko to, co kojarzące się z ciepłym klimatem i wakacjami. Wśród bazowych kolorów pojawiły się żółcie i czerwienie (te jeszcze często barwione z pomocą ochry, w miarę tradycyjną lokalnie techniką), ale też inne pastele i coraz bardziej jaskrawe, agresywne kolory. Bez ograniczeń.
Kierunek: postęp, ale szybko pojawił się wyraźny rozłam. Lokalsi, którzy też nosili takie koszule (w końcu były przewiewne, wygodne i praktyczne), zaczęli uznawać nowe wzory za nieco zbyt szalone, radykalne, przesadzone. Podczas gdy oni zaczęli wybierać te bardziej spokojne, często np. szyte z tkanin barwionych na lewej stronie, te najbardziej żywe i wyróżniające się z przyjemnością kupowali turyści i nosili je z dumą, wierząc, że kupili coś autentycznego.
 
Ta autentyczność to jeszcze, powiedzmy, była - ubrania powstawały lokalnie, dawały pracę lokalnej społeczności i w jakimś stopniu stawały się towarem eksportowym z wysp. Oczywiście, II wojna światowa, żołnierze amerykańscy stacjonujący na Pacyfiku i powojenny boom gospodarczy zrobiły swoje, a produkcja rosła dalej. Nazwa, której dzisiaj używamy - “koszula hawajska” - została spopularyzowana w Stanach Zjednoczonych i zaczęła funkcjonować w powszechnym języku i świadomości jako określenie całej kategorii takich koszul.
 
Można też powiedzieć, że koszula stawał się coraz bardziej amerykańska w rodowodzie, nie tylko hawajska. Nie tylko w teorii - przecież w 1959 roku Hawaje stały się 50. stanem USA, co przyspieszyło rozwój turystyki i integrację gospodarczą - a też i w praktyce, bo choć teoretycznie wciąż była produktem z eksportu (wewnętrznego, ale jednak tysiące kilometrów robią swoje), na dobre zadomowiła się w garderobach na kontynencie. Powstawały kolejne, unowocześnione wersje, często z bardziej luksusowych tkanin, lepiej wykonane, zrobione z myślą o tych, którzy chcieli nosić coś nieco mniej uroczego/tandetnego/folklorystycznego (niepotrzebne skreślić).

Swoją drogą, lokalnie, na Hawajach, koszule aloha były coraz bardziej promowane - już w drugiej połowie lat 40. stały się dopuszczalnym strojem biznesowym w najgorętszych miesiącach (od czerwca do października), w 1947 odbył się też po raz pierwszy Aloha Week, czyli festiwal promujący lokalną kulturę, którego koszule, jako już tradycyjny element, stały się jego nieodłączną częścią. Okazało się, że nie tylko turyści to podchwycili, a i lokalsi też - taki strój wszedł do obiegu na dobre i (podobno) wspomogło to osłabiony ekspansją bardziej zachodniego, standardowego ubioru, hawajski przemysł odzieżowy, który więcej towaru zaczął sprzedawać na rynku wewnętrznym.
 
Brzmi ciekawie? To jeszcze nie koniec - już 15 lat później, w 1962, stowarzyszenie Hawaiian Fashion Guild rozpoczęło szeroko zakrojoną promocję koszul hawajskich jako właściwego lokalnie stroju biznesowego, rozpoczynając m.in. od podarowania 2 koszul każdemu członkowi hawajskiej Izby Reprezentantów i tamtejszego Senatu (tak, struktura władz stanu wygląda tak samo, jak władz federalnych USA). Uzasadnieniem kampanii miał być zarówno komfort mieszkańców w upale, jak i chęć wsparcia lokalnej gospodarki. Można powiedzieć, że udało się, bo w 1966 roku powszechny stał się zwyczaj Aloha Friday - piątek, dzień rozluźnienia dress code - który był prekursorem późniejszego (przez niektórych przeklętego) Casual Friday w kontynentalnej części USA. Nie wchodząc zanadto w szczegóły, warto jeszcze dodać, że w latach 70. nikt już specjalnie nie przejmował się dniem tygodnia i na Hawajach koszule nosili wszyscy, a do dziś to odzież (obok owoców) jest głównym towarem eksportowym wysp.

Czas wrócić z dalekiego Pacyfiku do rzeczywistości - bo choć poza miejscem pochodzenia ten typ koszuli nigdy nie stał się strojem stricte codziennym, to jednak wszedł na dobre do kanonu, stał się niezwykle popularny i zagościł w szafach wielu… co stało się zarówno jego silną stroną, jak i przekleństwem.
 
W niektórych kręgach, przez wiele lat, koszula hawajska była synonimem kiczu - wyrażającym nieokreśloną tęsknotę za wakacjami (czy raczej lekceważące podejście do życia), noszonym przez łysiejących-acz-udających-młodych facetów, niedopasowanym, tandetnym ciuchem. Podczas, gdy ci, którzy dbali o siebie, nosili dopasowane, “miejskie” ciuchy, to ci, którym było to obojętne, nosili rzeczy po prostu wygodne, do
których (nie)stety zaliczały się koszule hawajskie. Jak to często bywa, to użytkownicy zniszczyli wizerunek przedmiotu, nie on sam w sobie.
 
Dziś, na szczęście, jesteśmy na dobrej drodze do ostatecznego zgubienia tej łatki - oczywiście z pewnym zastrzeżeniem, że w Polsce zawsze patrzyliśmy na te koszule bardziej przez pryzmat kultury i telewizji (co ma też swoje plusy, bo jednak łatwiej nam się wyrzec uprzedzeń), więc działa to u nas ciutkę inaczej niż w USA - a koszula hawajska staje się jak najbardziej akceptowalnym ubraniem, czymś, co jak najbardziej da się nosić ze smakiem. A z resztą co ja będę dużo mówił, rzućcie okiem na Instagrama, tam to się dzieje!

Warto dodać, że przez swój renesans ta kategoria też się nieco poszerzyła, bo i wzory, i tkaniny dostosowały się do współczesnych potrzeb. Dziś takie koszule szyje się z przeróżnych letnich tkanin (lnu, bawełny, wiskozy czy lyocellu - który nosi się genialnie! - czy też ich mieszanek), z których każda ma nieco inny charakter. Design zaczął czerpać więcej z nieco bardziej spokojnych, klasycznych koszul, ale też z odważnych, choć nie-hawajskich, tzw. sportowych koszul z pierwszej połowy XX wieku. Do łask wracają też azjatyckie wątki, tradycyjnie jak najbardziej właściwe dla tego rodzaju stroju - japońska sztuka Ukiyo-e, ale też quasi-tradycyjne, ale przetworzone przez popkulturę motywy: fale, tygrysy, pagody.
 
Teraz nawet Poszetka wprowadziła swoją wersję - trzy różne, skrajnie różne, z których każda czerpie z innego miejsca i okresu. Jest motyw tropikalny - niby najbliżej Hawajów, a jednak bardzo współcześnie, bo bardzo dużo się w tym princie dzieje. Są szerokie pasy - najbardziej vintage, bardziej H jak Hollywood (złota era) niż Hawaje. Są też duże liście - prosty, dwukolorowy print, który kojarzy się trochę japońsko, trochę hawajsko, a jednak najbardziej europejsko. A każda z tych propozycji zasługuje na miano koszuli hawajskiej. I słusznie!


Taki postmodernizm - spłycając: wszystko już było, wszystko może zaistnieć teraz, dla każdego coś miłego.
 
I tak dochodzimy do sedna, do pytania pomocniczego, które posłuży za puentę: czy dla koszuli hawajskiej znajdzie się miejsce w szafie współczesnego miłośnika dobrych ubrań*?
 
*zwanych także klasyczną męską elegancją, #menswear, czy ponadczasowym stylem… wiecie, co sądzę o tych pojęciach
 
“Jeszcze jak!”, chciałbym się zakrzyknąć. Jasne, że tak - jestem pewien, że teraz każdy znajdzie opcję dla siebie. Zupełnie szczerze powiem, że wierzę w podejście, że jak Ci się
coś po prostu podoba, to nie zastanawiaj się za długo, bo pewnie będziesz w tym dobrze wyglądać. Albo przynajmniej się sobie podobać, co jest nie mniej ważne.
 
A jeśli masz jakieś wątpliwości, to podpowiem: hawajska koszula przyda ci się choćby na letnim urlopie, tam z przyjemnością ją będziesz nosić (ja też będę, a właśnie wyjeżdżam). Tam cię nie znają. Tam możesz być kimś innym. Innym sobą. Wakacyjnym sobą. ;)
Zaufane Opinie IdoSell
4.89 / 5.00 3143 opinii
Zaufane Opinie IdoSell
2022-10-01
Portfel świetnej jakości, szybka wysyłka.
2022-10-01
Bez zastrzeżeń, bardzo szybka dostawa
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel