DARMOWA DOSTAWA W POLSCE. GLOBAL DELIVERY Blog firmowy Everyday Classic
2023-01-24

Niedoceniona - szara marynarka

“Szara marynarka” - to brzmi zwyczajnie, nudno wręcz. Za tym pojęciem nie stoi w końcu historia równie ciekawa i obszerna, jak za, dajmy na to, blezerem (o którm przeczytacie więcej tutaj), w którego przypadku już samo wspomnienie prowokuje do dłuższej dysputy na temat genezy nazwy czy archetypu - właściwie to ciężko powiedzieć, aby “szara marynarka” była w ogóle czymś sprecyzowanym.
 
To w wyobraźni wielu zaledwie ogólnikowe stwierdzenie, do tego niezbyt plastyczne, bo określone zaledwie przez kolor. Chłodny termin, pozbawiony jakichkolwiek kulturowych skojarzeń, które w przypadku wielu elementów garderoby (vide wspomniany blezer czy kategoria “tweedowa marynarka”) przekładają się na dość uniwersalne, współdzielone wyobrażenie.
 
Dlatego, zwykle czytając o szarej marynarce, nie widzimy niczego konkretnego - dla kogoś to może być marynarka od garnituru, dla kogoś to marynarka sportowa. Może uszyta z cienkiej i połyskliwej wełny, a może z grubego i włochatego tweedu. Może jasna, a może ciemna - może ładna, a może brzydka. Zero konkretów, zero skojarzeń, brak osobnej, zrozumiałej kategorii, do której możnaby wrzucać propozycje.
 
Autor: Mateusz Tryjanowski

Myślę, że to pewnie dlatego kiedyś tak daleko mi było do idei posiadania jakiejkolwiek szarej marynarki w swojej szafie. Tyle przecież było innych, zachęcających propozycji, o których się ciągle mówiło - niezbędny granat, wyróżniające kraty, praktyczne tweedy…
 
Nie za bardzo przypominam sobie, żeby wtedy - jeszcze w czasach blogowych poradników i odkrywania tajemnic świata “klasycznej męskiej elegancji” - ktoś z przekonaniem forsował koncept posiadania szarej marynarki sportowej. Dominowała narracja, że jak szary, to może garnitur, ale taki do biura, biznesowy, raczej drugi, bo jak masz brać jeden, to wiesz, koniecznie granat. Prędzej spodnie, to zdecydowanie tak, koniecznie flanele na zimę i tropik na lato, najlepiej w uniwersalnym średnim odcieniu.

Coś mi świta, że co prawda widziałem wtedy pojedyncze próby budowy czegoś, co zostało określone jako “odwrócony zestaw koordynowany”, czyli granatowy dół i szara góra, ale o ile dobrze kojarzę, było to przedstawione w kontekście budowy kapsułkowej garderoby i posiadania dwóch garniturów, które razem mogą stworzyć cztery komplety… coś takiego. W każdym razie, nie pamiętam, żeby mnie to przekonało - ani zbyt wielu innych, bo propozycja nie za bardzo się przyjęła.
Pamiętam za to doskonale dwa późniejsze momenty, które sprawiły, że zacząłem patrzeć inaczej na szarość.
 
Pierwsza sytuacja - bodajże rok 2017, może 2018, ja jeszcze na schyłkowym etapie mojej neofickiej fazy zainteresowania światkiem #menswear. Okoliczność: weekendowy wypad do Sztokholmu, cel towarzyszący: zdobyć swój egzemplarz szwedzkiego magazynu Plaza Uomo (i to poczucie, napędzane Instagramem że ach, tam na zachodzie to mają takie ładne pisma, a u nas to żadnych…). Sklepów z gazetami brak, najbliższy na głównym dworcu kolejowym, ale tak, warto było tam dotrzeć, bo na półce czekał mój upragniony święty graal, a na okładce TO ZDJĘCIE.  Co prawda Yasuto Kamoshita akurat miał na sobie cały garnitur, ale pomyślałem już wtedy, że o, to jest to - fajny tweed, intrygująca tekstura, zupełnie inny klimat, niż typowe szare garnitury, które spotykałem do tej pory. Pamiętam też, że w mojej głowie pojawiła się pragmatyczna myśl, że dałoby się go rozkompletować i wykorzystać marynarkę osobno…

Idea zakiełkowała, a już niedługo potem została obficie podlana, gdy pojawiło się ZDJĘCIE NUMER DWA [TU NIE BĘDZIE CHYBA LINKU, BO NIE MOGĘ GO ZNALEŹĆ :(], pochodzące z jesienno-zimowego lookbooka pewnej brytyjskiej marki na literę “D”. Uchwycone na nim połączenie rudych sztruksów, marynarki w szaro-grafitową pepitę (z charakternego, włochatego Harris Tweedu), doprawione koszulą OCBD w uniwersyteckie pasy i bodaj fioletowym krawatem, prezentowało się niesamowicie. Ten widok trwale zapadł mi w pamięć i ostatecznie sprawił, że przekonałem się do sensu posiadania szarej marynarki.
 
Co ciekawe, to nie tak, że sama marynarka ze zdjęcia była jakoś niewiarygodnie piękna - powiedziałbym, że raczej inspirująca. Największą rolę bezpośrednio odegrały tu zestawione z nią spodnie, a właściwie ich podobieństwo do pary sztruksów, która chwile wcześniej zagościła w mojej szafie. Mierzyłem się ówcześnie z dylematem, z czym jeszcze - poza oczywistym granatowym blezerem - mogę je nosić, czując się przy tym dobrze i współcześnie, nie jak brytyjski arystokrata na polowaniu. Zestaw ze zdjęcia pasował do mojej koncepcji - zauważyłem, że marynarka niezwykle zręcznie spina całość, ochładzając paletę barw i dostosowując ją do miejskiej rzeczywistości, pomimo dość chropowatych tekstur poszczególnych elementów. To było to!


Elementy układanki zaczęły łączyć się w logiczny wzór. Szara marynarka - także w kolejnych przykładach, które znajdowałem - okazywała się być kluczem do zestawów ze spodniami w nietypowych barwach, szczególnie w kolorach ziemi, ale też np. w jaskrawych, nasyconych odcieniach, które wymagają gaszącej kontry (o ile nie chce wyglądać się jak kolorowa plama bądź cyrkowiec). Dodatkowo, do listy idealnych kandydatów do łączenia można było dopisać wszelkie kolory trudne do sparowania z granatem (choćby ciemna zieleń, ciemny brąz i fiolet/śliwka), a w bonusie - także czerń.
 
Szarość przychodzi z pomocą wszędzie tam, gdzie granat już nie daje rady - bo jest go za dużo, bo brakuje wystarczającego kontrastu, bo optycznie kolory się ”gryzą” - i tam, gdzie brąz byłby zbyt retro, zbyt “wiejski” i/lub zbyt mało formalny. I to jest to, czego chyba żaden inny kolor marynarki nie potrafi - “umiejskowić” zestaw, ucywilizować go, dodać taki twardy, chłodny element, o który inne rzeczy się opierają. Fundament? Spoiwo? Budowlane skojarzenia są tu jak najbardziej na miejscu, bo to w końcu kolor betonu
 
A, dodam jeszcze, a propos moich wtrąceń o brązie, polowaniach i arystokracji - możecie nazwać to stylem British Country - że mam też swoją specyficzną teorię kolorów, dotyczącą łączenia “miejskich” i “wiejskich” barw, mieszania ich ze sobą, wzajemnego równoważenia itp. - o niej pewnie też w końcu napiszę. Kto wie, może któryś z lookbooków będzie do tego dobrą okazją?

\Wracając tymczasem do mojej historii o docenieniu roli szarej marynarki - wiecie, jak to jest, jak człowiek się nagle do czegoś przekona i odkryje nową fascynację. Poszło szybko: naoglądałem się kolejnych zdjęć, zapragnąłem eksperymentów, poczułem ochotę na zrobienie lepszego użytku z kilku par spodni w mojej szafie i nie było już innego wyjścia, niż zacząć się rozglądać za sztuką dla siebie.
 
Podejść było kilka - tu przymierzałem się do konkretnej marynarki “z wieszaka”, tu rozważałem jakąś tkaninę w szyciu miarowym, tu w moje ręce trafił nawet dość sensowny kupon, długości w sam raz na marynarkę - ale to nigdy nie było to. Raz próba zabrnęła tak daleko, że skończyła się uszyciem marynarki MTM z dość fajnej tweedowej jodełki, ostateczne rozwiązanie było już tuż-tuż… ale w wyniku pewnych, ekhm, turbulencji, ta sztuka znalazła nowego, lepiej dopasowanego do niej właściciela, a ja znów wróciłem do punktu wyjścia.
 
Frustracja rosła, bo po wszystkim tym ciężej było mi pogodzić się z brakiem jakiejkolwiek szarej marynarki w szafie - nie tam, żebym miał jakąś obsesję, ale jednak widziałem dla niej tyle potencjalnych zastosowań, tyle razy pojawiała się w mojej głowie, w różnych wymyślonych zestawach…

Sensowne - i jak się okazało, już finalne - rozwiązanie pojawiło się tak samo niespodziewanie i przypadkowo, jak pierwotny zalążek fascynacji.
 
Pewnego dnia, ot tak spacerowałem sobie po centrum Warszawy, kręcąc się gdzieś na pograniczu śródmieścia południowego i północnego, przechodząc - tak, na pewno nie zgadniecie gdzie… - obok salonu Poszetki na Kruczej, jeszcze przed jego oficjalnym otwarciem. Z racji na porę lokal był już zamknięty, jednak sama witryna wystarczyła, by zatrzymać mnie na dłuższą chwilę. Mój wzrok przykuła marynarka, której wcześniej nie widziałem…
 
W ciągu kilku dni potwierdziłem z warszawską ekipą Poszetki swoje przypuszczenia - nie, to nie był sampel ani MTM należący do klienta, to była rzecz z kolekcji, co prawda jeszcze przed oficjalną premierą online, ale już dostępna stacjonarnie. Cóż mi pozostało? Wpadłem z wizytą (bo i tak coś za długo nie mogłem się tam wybrać, trzeba było nadrobić zaległości!), popatrzyłem z bliska, przymierzyłem swój rozmiar i - nie zastanawiając się długo, właściwie to wcale - podjąłem decyzję i wróciłem z nią do domu. No, najpierw jeszcze musiała trafić w ręce krawcowej, żeby dopasować ją tu i ówdzie, ale szara marynarka była moja!
 
Co ciekawsze, to był pierwszy raz od dawna, kiedy tak po prostu, bez planu, sprawiłem sobie tak sporą rzecz do ubrania. Zupełnie odzwyczaiłem się od impulsywnych zakupów, mając swoją długą kolejkę pomysłów i już wybranych tkanin, czekających na kolejne realizacje miarowe. Mimo to, nie żałuję ani trochę, było warto.

Brzmi to wszystko trochę jak nieprawdopodobny zbieg okoliczności. Cóż jednak poradzić, skoro właśnie tak było?
 
Musicie wierzyć mi na słowo. Koniec końców, lubię proste rozwiązania, lubię też podejmować nagłe decyzje, szczególnie, gdy kończą one tak dłuuuuuugi czas oczekiwania i rozważań.
 
Lubię też, gdy w momencie, w którym normalnie przychodzi czas na podsumowanie artykułu i osadzenie moich przemyśleń w kontekście obecnej kolekcji - w odniesieniu do konkretów, produktów, których możecie realnie dotknąć, nie do owoców moich fantazji - nie muszę próbować udzielić odpowiedzi na pytanie “co bym wybrał, gdyby”, a z pełnym przekonaniem mogę pisać o tym , co konkretnie wybrałem i w czym chodzę na co dzień. Taki plus, sytuacja win-win - bo ja mam marynarkę, a Wy rekomendację z pierwszej ręki.
No dobra, to co w takim razie chciałbym Wam przekazać, jakiej rady udzielić, co polecić w kontekście parowania szarej marynarki?
 
Po pierwsze, jak już wspomniałem w mojej historii, potraktujcie ją jako najlepszego kompana spodni w nietypowych kolorach - szczególnie w jesiennej palecie - spokojną przeciwwagę, balast chroniący przed zbyt głębokim zapadnięciem się w odmęty przekoloryzowanego świata (brzmi to górnolotnie, wiem).
 
Taka opcja przydaje się zarówno bardziej wprawnym graczom, pozwalając np. ograć ulubioną-acz-nietypową parę spodni w bardziej spokojnym niż zwykle (może nawet biznesowym) klimacie, jak i tym początkującym, którzy chcieliby pobawić się odrobiną koloru, ale (słusznie) boją się, że przesadzą, jeśli zaczną łączyć wszystko ze wszystkim, parując kolory według intuicji lub koła.
 
Moje ulubione zestawy z tej kategorii to zdecydowanie te łączące szarą marynarkę z czarnym golfem i kolorowymi sztruksami - u mnie to zwykle rudy brąz, zieleń lub fiolet - ale jeśli ktoś jest fanem, ceglasta czerwień, bordo lub czekolada też będą pasować. Alternatywnie, także te nieco bardziej eleganckie, w których golf zastępuje biała koszula i czarny knit (dziergany krawat), a sztruks żółte spodnie z cavalry twillu - lub kompletnie po drugiej stronie skali, ciężkie wełny w okołozielonych i okołobrązowych odcieniach.

Po drugie, zachęcam do wykorzystania szarej marynarki w monochromatycznych zestawach, najlepiej w połączeniu z ciemnoszarymi (ważne - muszą wyraźnie kontrastować z marynarką), grafitowymi lub czarnymi spodniami oraz całą plejadą rozmaitych koszul, swetrów i polo w kolorach bieli, czerni i praktycznie każdej szarości pomiędzy. Od tej gamy kolorów najłatwiej zacząć, potem ewentualnie można przerzucać się na coraz to trudniejsze przejścia tonalne.
 
Absolutnie najprościej będzie skomponować te zestawy, gdzie warstwa pod marynarką jest albo biała, albo czarna, a spodnie są o odcieniu zdecydowanie ciemniejszym od marynarki. Sam stawiam też bezwględnie na czarne buty, żeby nie wprowadzać dodatkowego kolorystycznego zamętu na dole - ale białe sneakersy, w bardziej casualowych zestawach, też mają prawo zadziałać.

Po trzecie, chciałbym przypomnieć o absolutnym no-brainerze (wybaczcie mi ten okrutny anglojęzyczny wtręt, sorry), czyli połączeniu szarej marynarki z jeansami. Tu naprawdę ciężko nie trafić - tak długo, jak dopasuje się właściwie odcień góry z dołem, ale to już większość z Was oceni samodzielnie w praktyce.
 
Do grona osobistych faworytów w tej kategorii zaliczam przede wszystkim zestawy z różową koszulą ocbd (ciemna karnacja poradzi sobie z gładkim różem, blondynom bladym jak ja polecam raczej biało-różowe pasy), rozpiętą pod szyją bądź związaną czarnym (lub ciemnogranatowym) knitem, alternatywnie grenadyną. Doceniam też takie kombinacje, w których główną rolę gra nie koszula, a kolorowy sweter (żółć i zieleń wypadają super, wiele osób stawia też na czerwień, choć ja fanem nie jestem) założony pod marynarkę. Tu oczywiście zastrzegam, że to niekoniecznie bywa łatwe, bo trzeba dostosować grubość do temperatury otoczenia - przy tylu warstwach łatwo się przegrzać w typowym polskim mieszkaniu/biurze, łatwiej będzie je udźwignąć na jesiennym lub wiosennym spacerze.

Gwoli kronikarskiej ścisłości napomknę jeszcze wprost - bo pominąłem ten fakt wcześniej - że moja trafiona marynarka to Marlon w szarą jodełkę. Mimo to, moje rady co do noszenia zdecydowanie nie ograniczają się do niej - większość marynarek w podobnym odcieniu szarości, z wyraźnym, ale nie nazbyt krzykliwym wzorem (czyli najlepiej jodełka/pepita/delikatna krata), spełni tę samą funkcję. Ba, wydaje mi się, że nawet niektóre technicznie czarno-białe marynarki (np. klasyczna jodełka z Harris Tweedu, która wygląda z daleka na szarą, zazwyczaj z bliska okazuje się być tkana właśnie w taki sposób) podołają zadaniu.

A jak już mówimy o innych marynarkach - mógłbym w tym momencie już kończyć, ale wypada jeszcze coś dodać…
 
Bardzo cieszy mnie to, że szybko okazało się, że Poszetka nie poprzestała na jednej szarej marynarce w obecnej jesienno-zimowej kolekcji - stanęło aż na trzech! Myślę, że należy im się chwila uwagi, krótkie przedstawienie - tym bardziej, że obie mogą odegrać w szafie nieco inną rolę niż klasyczna jodełka i domyślam się, że część z Was będzie wolałą wybrać właśnie którąś z nich, zamiast mojego faworyta.
 
Pierwsza z nich to Ferla (nazwa odziedziczona po tkalni, z której pochodzi tkanina) - roboczo ochrzczona jako “szara, ale granatowa”, względnie “granatowa, ale szara”. Bardzo spodobało mi się to, że Beniamin, pokazując mi przedpremierowe zdjęcia, tak ją opisał - a po zobaczeniu na żywo, uważam, że to absolutnie najlepszy krótki opis tej marynarki, jaki można sporządzić. Też w zgodzie z nim bym ją traktował, dlatego polecam szczególnie tym, którzy może i szukają szarej marynarki, ale jednak uwielbiają granat i chcą się go trzymać - albo po prostu nieco boją się sięgać po bardzo ciemne szarości i czerń.
Jeśli chodzi o potencjalne ograniczenia: przy tej propozycji unikałbym szaro-szarych i szaro-czarnych zestawów monochromatycznych - łatwo o zgrzyt - uważałbym na niektóre spodniowe i swetrowe połączenia - na cenzurowanym są szczególnie zielenie - a także wymieniłbym wszelkie czarne elementy z moich sugestii na ciemnogranatowe - zwłaszcza krawaty i swetry.
Z potencjalnych zalet, w tym przypadku można zaryzykować łączenie marynarki z granatowymi chino lub spodniami w kant w tym kolorze, bo jest spora szansa, że wyjdzie to dobrze, jak intencjonalnie zbudowany zestaw, a nie pomylony lub odwrócony na siłę zestaw koordynowany. Lepiej z nią mogą wyglądać też błękitne koszule.

Druga to natomiast Carlo Barbera (gdy to piszę, nie znam jeszcze oficjalnej nazwy, więc roboczo kieruję się tym samym, tkaninowym kluczem) - tej marynarki jeszcze nie widziałem na żywo, nie mierzyłem, miałem okazję spojrzeć tylko na zdjęcia. W sumie może to i dobrze, bo jakbym się zaczął zastanawiać, to nie wiem, czy między dwoma opcjami tak sprawnie podjąłbym decyzję, czy przypadkiem nie skończyłoby się tak, że wciąż nie miałbym żadnej szarej marynarki… To rzecz de facto bardziej podobna do tej, którą zobaczyłem kilka lat temu w lookbooku (tzw. ZDJĘCIE NUMER DWA), bliższa ciemnej szarości, z trochę bogatszą, bardziej zniuansowaną fakturą tkaniny.
 
W jej przypadku, zwróciłbym szczególną uwagę na kontrastowe połączenia w zestawach - jest wyraźnie ciemniejsza w odbiorze, dlatego polecam wybierać spodnie w jaśniejszych, żywszych kolorach, tak, aby dół i góra się wyraźnie odcinały, nie tworząc burej plamy. Dlatego, jak czerwień to bardziej cegła niż bordo, jak zieleń to bardziej trawa niż butelka, a jak brąz to bardziej jesienne liście niż czekolada. Podchwytliwe może też okazać się łączenie tej marynarki z niektórymi dżinsami, zwłaszcza takimi, nazwijmy, “lekko spranymi” - bywa, że pary, których nie da się obiektywnie zaklasyfikować ani jako ciemne (jak nowe, w żywym kolorze), ani jasne (jak mocno sprane, niejednolite), wyglądają bardzo smutno w połączeniu z ciemną górą.

Opcji na stole jest wiele - także sporo tych, których tu nie wymieniłem. Łatwo jest wpaść głęboko, jak tylko zaczniecie zagłębiać się w odmęty Instagrama bądź próbniki z tkaninami. Myślę, że po przestawieniu się na perspektywę, że to może być bardzo uniwersalny wybór, każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie, coś, co zaspokoi jego potrzeby. Ostatecznie, w ogólnym rozrachunku najważniejsze jest to, żeby w końcu przestać stawiać szare marynarki w cieniu ich granatowych i brązowych odpowiedników - doceńmy je należycie!
Polecane
Marynarka "Ferla" w JodełkęMarynarka "Ferla" w Jodełkę
2 239,00 zł2 799,00 zł
Zaufane Opinie IdoSell
4.89 / 5.00 3537 opinii
Zaufane Opinie IdoSell
2023-01-23
Wszystko ok. Przesyłka błyskawicznie u mnie w domu, towar zgodny z zamówieniem.
2023-01-21
Niezmiennie najwyższy poziom!
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel